2 listopada

Czy wstydziłbym się, gdybym uciekł z mojego śląskiego mikrokosmosu? Czy wstydzę się, że „moja mowa mnie zdradza”, nawet kiedy mówię po polsku, czy wstydzę się pochyłego „a”, dziwnej składni i śmiesznej, wznoszącej intonacji w pytaniach? Może powinienem. Dla ćwiczenia w pokorze, umniejszenia samego siebie, dla postępowania ku wyzwoleniu? Może należałoby oderwać się od tych przyrodzonych fundamentów, jak święty Franciszek położyć się nago na gołej ziemi? A potem wstydzić się tej nagości, lecz być wolnym? Czy próbuję wstyd zmienić w dumę, czy raczej pychę kiełznać wstydem?

Tak pisze Szczepan Twardoch

Czytając jego tekst zacząłem się zastanawiać jak zupełnie odmiennie do problemu podchodzimy w rozmowach ze swoimi znajomymi. Wprawdzie przynajmniej część z nas ma łatwiej – pochodząc z Białegostoku, Lublina, Torunia – relatywnie dużych miast – nie musimy się obawiać oskarżenia o zaściankowość. Nawet z pochodzenia ze wschodu kraju da się zrobić zaletę jeśli tylko ma się odrobinę uporu. Nie wiem jak inni, ale ja faktycznie po trosze z Białegostoku uciekałem, chociaż na ile rzeczywiście – to zrozumiałem dopiero, kiedy już ucieczka doszła do skutku. Po ponad osiemnastu latach w jednym miejscu, wśród takich samych ludzi, w takim samym kontekście – można się zmęczyć. Odmiana daje jednak nie tylko ulgę w postaci “uwolnienia się” od starych śmieci (nigdy się od nich nie da uwolnić, to wszak jedna z najistotniejszych części naszej kulturowej tożsamości, o czym pisał Amin Maalouf), ale także możliwość spojrzenia na to miejsce, ludzi, na cały spędzony tam czas z pewnego dystansu i dostrzeżenie nie tylko małych wad, ale także wielkich zalet. Być może po tygodniu od ucieczki do Krakowa mówiłbym jeszcze o Białymstoku straszne rzeczy. Ale szybko dostrzegłem i nauczyłem się, że zupełnie nie tak to wygląda, jak mi się początkowo wydawało. Zanim zdałem sobie z tego sprawę, już opowiadałem o swoim rodzinnym mieście z ostrożnym optymizmem, który szybko przerodził się w dumę.

Kiedy mówię, nikt nie słyszy,  bym śledzikował po podlasku – nie oszukujmy się, jednak należę do ludzi którzy wychowali się w mieście i takie naleciałości raczej “znają” niż “mają”. Ale i tak niesamowitą frajdę sprawia mi przedrzeźnianie charakterystycznej melodyjności mowy wśród ludzi, którzy tego nie znają. Z premedytacją zdarza mi się używać słów i zwrotów popularnych tylko “u nas”. Białystok przedstawiam wszystkim w jasnych barwach – zdarza mi się skrytykować coś, czego nie lubię, ale jest to jednak margines. A jeśli spojrzeć wstecz? O losie, jakże ja w maturalnej klasie miałem serdecznie dość tego miasta!

Ucieczki nie są złe, ale trzeba mieć świadomość od czego chcemy uciec i od czego uciec w ogóle mamy szansę. Kiedy już spojrzymy za siebie, dobrze jest też zachować odrobinę uczciwości w ocenie tego, co za sobą zostawiamy. Nigdy się tego nie wyprzemy, a wielu rzeczy z pewnością będzie nam wstyd. Biednej rodziny, chorego bliskiego, kiepskich znajomości czy braku obycia w jakiejś materii. Wydaje mi się jednak, że wystarczy prosta refleksja nad swoją – jak już się rzekło – kulturową tożsamością (może ładnie byłoby na tę potrzebę ukuć określenie tożsamości regionalnej?), by odnaleźć w niej więcej powodów do dumy, niż do wstydu. Czasami sama ucieczka już takim powodem jest – wszak nie musi być ona rozumiana negatywnie – może się okazać zwycięstwem (czego świadomość ma wyraźnie Twardoch).

Przychodzi mi tu na myśl rachunek tożsamości, a o jakim Maalouf mówił w analogii do rachunku sumienia. Świadomie i z premedytacją wybierzmy wszystko to, co w nas i w tym, co nas ukształtowało, najlepsze – bądź najbardziej charakterystyczne – i nie kryjmy się z tym. Być może jeśli wybierzemy mądrze, okaże się, że wygramy ze wstydem?


About this entry