31 grudnia

Jutro [dziś] nie będę miał już prawdopodobnie czasu na to, by tę notkę napisać, więc robię to teraz – wprawdzie już jest po północy, więc by nie robić zamieszania, u góry widnieje ostatni dzień roku, no ale umownie trwa nadal trzydziesty grudnia.

Długi był to rok. Spoglądając wstecz, na pierwsze istotne dla mnie wydarzenie, jakim, jak mniemam, był koncert [jakże by inaczej] Archive we Wrocławiu szóstego lutego, wydaje mi się odległy ze dwa lata przynajmniej, a nie zaledwie o te niecałe jedenaście miesięcy. A to oznacza, że albo działo się bardzo mało i czas mi się dłużył [odrzucam tę opcję już na wstępie, brzmi wręcz niedorzecznie], albo działo się tak wiele, że trudno uwierzyć, iż zmieściło się to wszystko w tych kilkunastu miesiącach. Nie mam zielonego pojęcia co robiłem w styczniu i czy coś godnego wymienienia w ogóle się działo, nie zamierzam też grzebać w ramach poszukiwań w archiwalnych notkach [przecież mógłbym się rozczarować nic nie znajdując].

Wspomniana wycieczka do Wrocławia i później do Rzeszowa [z pewnością pisałem o tym wcześniej] wywołała we mnie niesamowity wręcz zapał do pracy, nieznane dotąd pokłady optymizmu i energii, dzięki czemu czas do matury zleciał dość owocnie i pracowicie, w dodatku z odpowiednim, pozytywnym nastawieniem do świata i bojowym do matury. Jeśli chodzi o maturę, to, jak to zwykle bywa, więcej było stresu rodziców, niż mojego [moja prywatna teoria głosi, że za połowę stresu odpowiedzialni są rodzice przejmujący się tymi egzaminami bardziej niż powinni]. Matura w każdym razie rozwalona została wynikami wyższymi niż spodziewałem się w maju po zakończeniu egzaminów. Bardziej też niżbym się spodziewał została opita, ale opowieści o dwudniowym kacu zostawmy na inną okazję, jak wspominać i podsumowywać to raczej te pozytywne rzeczy. Nie mógłbym nie wspomnieć o zakończeniu czternastoletniej przeprawy ze szkołą muzyczną, największego zaskoczenia w moim życiu w postaci dobrze zdanego egzaminu z historii muzyki i największej ulgi po rozstaniu z brzemieniem akordeonu i przymusu ćwiczenia na rzeczonym.

Najdłuższe wakacje w życiu przeleciały mało produktywnie – wprawdzie trochę pracowałem i trochę nawet zarobiłem, ponadto gdzieś udało się wyjechać na weekend, lecz w gruncie rzeczy można było pewnie wykorzystać ten czas lepiej. Niemniej nie mam wielkich wyrzutów sumienia, szczególnie kiedy spoglądam na koniec sierpnia i niesamowite wydarzenie w postaci festiwalu w Katowicach [pisałem o tym? nie pisałem? mam nadzieję, że pisałem]. Opeth, Pain of Salvation i Riverside w jednym miejscu? Czego chcieć więcej? Ano można chcieć dłuższych setów, można też chcieć oddzielnych, niefestiwalowych występów wymienionych grup, jednak po powrocie byłem śmiertelnie zmęczony i wniebowzięty z satysfakcji spowodowanej uczestnictwem w imprezie, czyli nie mam prawa narzekać. Co nie zmienia faktu, że bardzo liczę na PoS w pełnym secie w przyszłym roku – jeśli w niecałe pięćdziesiąt minut potrafią dać tak niesamowity, genialny popis swoich umiejętności, to ich pełnowymiarowy koncert musi być muzyczno-emocjonalnym absolutem, bądź czymś zbliżonym do rzeczonego.

Wrzesień zleciał na psychicznym przygotowywaniu się do wyjazdu do Krakowa – no tak, przecież zapomniałem wspomnieć o lipcowej pielgrzymce na krakowską Grodzką w celu dokonania wpisu na ujotowską filozofię. Tak więc od października jeden z krakowskich akademików stał się czy tego chcę czy nie moim drugim domem. Studiuje mi się leniwie, ale z okazjonalnymi powodami do radości  ze zmiany otoczenia, bo dzięki temu udało mi się przeżyć niesamowity moment na krakowskim koncercie Anathemy [którego - owszem - z premedytacją nie opisuję], a poza tym pojechać dwukrotnie do Warszawy by doświadczyć z bardzo bliska występu Oceansize, i – z niewiele większej odległości – Ulver. Ponadto zdążyłem zaaplikować sobie jeszcze wspólne oglądanie koncertowego DVD w Łańcucie, czy towarzyskiego zapoznawania się z Tarnowem. Za wiele by pisać, pozostanę więc przy prywatnym wspominaniu.

Zdaję sobie sprawę, że wiele rzeczy pominąłem, a jeszcze więcej zapomniałem. Nie piszę nic o przeczytanych książkach, o przesłuchanej muzyce, przemilczałem sukces jaki odniosłem w zmaganiach z samym sobą w ostatnim czasie, zapewne także wiele porażek… Niemożliwym jest powiedzieć o wszystkim, a podsumowań można robić wiele z różnych powodów, zapewne to nie jest jedynym jakie umieszczę w sieci. Jestem zadowolony z tego roku, bo z dalszej perspektywy ma ona szanse zostać przełomowym w kilku istotnych kwestiach. Nie jestem zadowolony z tego,  że za mało czytałem, nie wystarczająco wiele słuchałem, wiele spraw przegapiłem, zapewne wielu rzeczy, które mógłbym zrobić – nie zrobiłem. Ale nie mogę nic zmienić, pozostaje więc podpisać się pod wszystkim i iść dalej, zwłaszcza, że wcale przecież nie było tak źle, prawda? Dziękuję wszystkim, od tych którzy byli na co dzień, po tych, którzy po wielu miesiącach nieobecności nagle przypominali sobie o mnie wywołując uśmiech. Czas teraz na jeden głęboki oddech, chwilę zapomnienia o wszystkim w sylwestrową noc – i stawienie czoła temu co przed nami. I nawet jeśli ta granica jest do absurdu umowna, to takie podsumowania pozwalają poukładać sobie co nieco i dają okazje do nowych początków. A nawet jeśli nowe początki to nie jest to, w czym ludzie są najlepsi, to zawsze przecież warto spróbować, prawda?


About this entry